Na ostatniej aukcji domu aukcyjnego Macho & Chlapovič oferowany był pod pozycją 3175 znaczek okolicznościowy 21 zjazdu prawników niemieckich. Przedmiot który co prawda nie wchodzi w zakres moich zainteresowań, ale gdyby je naciągnąć, od biedy mógł bym go jednak włączyć do zbioru. Tym bardziej, że cena wywoławcza wynosiła zaledwie 20 euro. To zawsze skłania do bardziej liberalnego podejścia. Co prawda interesują mnie pamiątki związane z wymiarem sprawiedliwości z terenów wchodzących obecnie w granice Polski. Nie mniej jednak był to zlot prawników niemieckich. Równolegle w XIX wieku odbywały się zjazdy prawników polskich. Tak więc całe przedsięwzięcie odbiegało jednak od tego, co chciał bym dokumentować swoją kolekcją. Dlatego postanowiłem potraktować swoją stronę jak notatnik do zapamiętania tego znaczka. Wykonała go firma “Abzeichenfabrik GG Lindner” w Monachium, co w dosyć ciekawy sposób zostało udokumentowane blaszką przyczepioną na rewersie. Na niej tłoczona była sygnatura producenta. Znaczek mocowany był na pionową agrafę. Jego wymiary wynosiły 43,3 mm wysokości na 29,9mm szerokości. Waga wynosiła 12,7 grama. Czego dotyczył zjazd i jakie tematy był na nim poruszane? Tym razem nie chciało mi się szukać. Najwyraźniej rzeczywiście nie było sensu naginać swoich zasad. Może ktoś z czytelników zada sobie trud i poda w komentarzu jakieś szersze informacje o samym zjeździe.
pamiątki
Łańcuch zagadka

W tym przypadku zagadka tkwi w odpowiedzi na pytanie, co kierowało autorem przeróbki łańcucha sędziowskiego, oferowanego ostatnio na allegro. Z oryginalnego łańcucha, jak przypuszczam z okresu PRL, usunięto nie tylko orła i łańcuszki na których wisiał; ale także małe ogniwa do których te łańcuszki były mocowane. Wreszcie usunięto inicjał wewnątrz centralnego łańcucha. W jego miejsce przylutowano orła państwowego. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że jest to orzeł koroną. Jeśli jednak spojrzeć na zdjęcie w dużej rozdzielczości, które zostało załączone do aukcji to można zobaczyć, że korona została indywidualnie dorobiona lub przeniesiona z innego obiektu. Poniżej dodano zaczep do mocowania lub hak. Trudno mi to ocenić na podstawie załączonych do aukcji zdjęć. Całość wykonana jest w zasadzie dość profesjonalnie. W każdym razie musiała zająć autorowi tego cuda niemało czasu. Po małych ogniwach od łańcuszków nie ma żadnych śladów. Zostały umiejętnie zatarte. Orzeł dolutowany jest profesjonalnie. Korona sprawia wrażenie jednolitej z całością. Tylko zaczep wisi krzywo. Widać, że ktoś zadał sobie trud. Nadal pozostaje tylko pytanie – po co?
Kradzież medalu na upamiętnienie utworzenia Księstwa Warszawskiego
Po spektakularnych wydarzeniach w Dreźnie doszło do kradzieży nieco mniejszego formatu. Na forum Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego pojawiła się informacja o kradzieży medalu upamiętniającego utworzenie Księstwa Warszawskiego. Egzemplarz jest bardzo charakterystyczny, ze względu na swoje uszkodzenia. Szczególną uwagę zwraca utworzona przez jedno z uderzeń, blizna na twarzy Napoleona. Potępiając wszelkie kradzieże – te wielkie i te małe – wrzucam tutaj zdjęcia medalu, gdyby ktoś się na niego przypadkiem natknął. Kontakt do właściciela medalu można znaleźć przez stronę forum. Nie odpuszczajmy, zwróćmy uwagę, bo taka historia może spotkać każdego z nas.
Fałszerstwo Virtuti Militari

Szwendając się pod granicach internetu trafiłem ostatnio przez przypadek na stronę domu aukcyjnego w Ukrainie, który oferował krzyż orderu Virtuti Militari z (uwaga, uwaga!) 1792 roku. Rzecz na tyle niespotykana, że nie dziwi dlaczego byłem zaskoczony jej wyglądem. Jest to kolejny przykład przeróbki krzyża z okresu międzywojennego. Jednak tym razem fałszerz nie podjął wysiłku wymiany środkowej części lub choćby nałożenia na nią tarcz imitujących XIX-wieczne wykonanie. Zniszczył jedynie odwrotną stronę z pogonią. Przypuszczalnie chciał w ten sposób nadać jej bardziej indywidualny charakter. Wyszło tak, jak gdyby pogoń wróciła właśnie z wojny 1792 roku. Do tego na ramionach rewersu wyryte zostały inicjały Stanisława Augusta Poniatowskiego. No i oczywiście wielki finał oszpecania krzyża, czyli dołożenie łącznika mającego przedstawiać jak sądzę dwie gałązki. Praca ta została wykonana z równie wielką precyzją jak pozostałe przeróbki. Można nazwać te przeróbki śmiesznymi, nieudolnymi, złymi, a jednak ktoś kupił ten krzyż za 2.500 dolarów. Choć to fałszerstwo pochodzi sprzed wielu lat, warto sobie odnotować jego zdjęcie. Tym bardziej, że ostatnio na aukcjach pojawiło się trochę falsyfikatów, którym poświęcone będą także kolejne dwa wpisy.
Virtuti Militari i zdjęcie Józefa Patelskiego
Dzisiejszy wpis będzie notatką z wielkiego niedoszacowania wartości, jakie mi się ostatnio przytrafiło. Na jubileuszowej 50-tej aukcji Antykwariatu Wójtowicz oferowany był zespół kilkudziesięciu pamiątek związanych z powstaniem styczniowym i Wielką Emigracją. Wśród nich istotną część stanowiły fotografie pamiątkowe powstańców styczniowych. Jedna z nich, wykonana w 1878 roku w zakładzie fotograficznym Walerego Rzewuskiego, przedstawiała Józefa Patelskiego. Był on uczestnikiem powstania listopadowego i powstania styczniowego. Postać godna uwagi i zapamiętania, ale też nie wyróżniająca się w sposób szczególny na tle innych powstańczych biografii. Pozostawił po sobie pamiętniki z okresu Królestwa Polskiego i powstania listopadowego. Może najbardziej zaimponowało mi w jego życiorysie to, że po śmierci swojej żony rozdał cały swój majątek na cele dobroczynne. Dlaczego więc zainteresowało mnie jego zdjęcie? To widać na samej fotografii. Chodzi oczywiście o złoty Krzyż Wojskowy Polski widoczny na jego piersi. Otrzymał go 17 września 1831 roku, wraz z awansem na stopień kapitana. Jestem przekonany, że to właśnie ten element był powodem dla którego u mnie i jak się później okazało, jeszcze przynajmniej kilku innym osobom serce zaczęło bić szybciej. Wedle mojej wiedzy jest to jedyna XIX wieczna fotografia przedstawiająca Krzyż Wojskowy Polski na piersi kawalera tego orderu. Z tego powodu przekonany byłem, że cena wywoławcza na poziomie 120 zł. jest oczywiście zaniżona. W swojej naiwności postanowiłem nawet przystąpić do licytacji. Nie spodziewałem się jednak rozwoju zdarzeń, jaki miał miejsce w dniu aukcji. Oferta poszybowała do ceny końcowej 3.080 zł. (wliczając w to prowizję antykwariatu) tak szybko, że nawet nie zdążyłem kliknąć swojej oferty. Muszę przyznać, że byłem i nadal jestem tym wynikiem zaskoczony. Głównie dlatego, że zdjęcie nie jest unikatowe i znane jest z szeregu zbiorów publicznych.

Kiedy już wiedziałem, że tym razem fotografia dla mnie przepadła, postanowiłem zrobić o niej notatkę na stronę, a w konsekwencji szukać dodatkowych informacji o Józefie Patelskim, samym zdjęciu i jego orderze. Jak się później okazało, dopiero na tym etapie pojawiły rzeczywiście ciekawe pytania. Pozycją sąsiednią, w stosunku do opisywanego zdjęcia, była pocztówka przedstawiająca portret Józefa Patelskiego, autorstwa Jana Nepomucena Głowackiego. Oryginał tego obrazu znajduje się obecnie w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie. Nasz bohater jest na nim zdecydowanie młodszy i występuje w mundurze powstańczym. Autor obrazu zmarł w 1847 roku, a więc z całą pewnością portret powstał przed tą datą. Ponieważ od 1834 roku na Józefie Patelskim ciążył wyrok śmierci przez powieszenie, a za nim samym rozesłano list gończy, można przypuszczać, że nie był to czas w którym chciał się afiszować ze swoją podobizną. Dlatego dość prawdopodobnie można założyć, że portret powstał na przestrzeni lat 1831-1834. Widać na nim krzyż złoty, ale na wstążce upiętej w trójkąt. Czyli w sposób charakterystyczny dla odznaczeń rosyjskich i austriackich. Nic w tym zaskakującego, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że Józef Patelski przed wyrokiem śmierci zbiegł do Galicji i tam też żył i pracował autor jego portretu. Oznacza to jednak, że Józef Patelski miał inny krzyż lub co najmniej krzyż na innej wstążce niż w 1878 roku, kiedy wykonano jego zdjęcie. Oczywiście istnieje też inna, nie mniej prawdopodobna hipoteza, że Jan Nepomucen Głowacki nie miał przed sobą modela z orderem na piersi. Za tym przemawia brak dewizy orderu Virtuti Militari, przy dość szczegółowym wypracowaniu wizerunku orła na omawianym obrazie. Pominięcie dewizy wydaje się wręcz nieprawdopodobne. Uwagę zwracają także dość nienaturalne proporcje krzyża, przy wiernym oddaniu szczegółów munduru. Zdjęcie obrazu na stronie muzeum jest w wysokiej rozdzielczości, ale nie pozwala stwierdzić czy na przykład order nie został do niego domalowany później. Oczywiście należy pamiętać, że brak orderu w momencie portretowania nie musi oznaczać, że Józef Patelski rzeczywiście nie dysponował własnym egzemplarzem krzyża. Każe się jedynie zastanowić, czy to faktycznie jego egzemplarz został na tym portrecie uwieczniony.

ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie
W tym miejscu przechodzimy do być może głównego bohatera tego wpisu, czyli samego krzyża orderu po Józefie Patelskim. Decydując się na ofiarowanie swojego majątku na cele dobroczynne, jednocześnie ofiarował on swój złoty Krzyż Wojskowy Polski do obecnego Muzeum Narodowego w Krakowie. Według archiwalnej strony ze zdigitalizowanymi zbiorami muzeum, krzyż trafił do kolekcji muzealnej w 1886 roku. Co ciekawe, w obecnej wersji zbiorów cyfrowych muzeum na razie nie ma jego zdjęcia, ani nawet wpisu. Jest to typowy krzyż w wykonaniu przypisywanym do pracowni Pawła Siennickiego. Krzyż zachowany jest w relatywnie dobrym stanie i pokazuje, że nawet krzyże znajdujące się od końca XIX wieku pod pieczą kuratorów muzealnych mogą mieć wyraźne uszkodzenia laki na ramionach i emalii na wieńcu i orle. Niestety niedostępne jest zdjęcie rewersu, które być może pozwoliło by ocenić czy krzyż był intensywnie noszony. W każdym razie uszkodzenia tego egzemplarza wskazują, że charakterystyczne dla krzyży Pawła Siennickiego uszkodzenia, musiały być w dużej mierze związane ze sposobem i jakością ich wykonania i powstawały już na etapie ich użytkowania przez odznaczonych. To ważna informacja dla tych, którzy prześcigają się w pozyskaniu jak najlepiej zachowanego egzemplarza. Być może takie krzyże były noszone przez swoich kawalerów jedynie sporadycznie. Druga kwestia, która zwraca uwagę w tym konkretnym egzemplarzu, to wstążka. Jej górne zakończenie wyraźnie różni się od tego, które widoczne jest na opisywanym zdjęciu z końca XIX wieku. Może to oznaczać zmianę kompozycji wstążki lub nawet zmianę całej wstążki, już po ofiarowaniu krzyża do muzeum. Żeby jednak powiedzieć coś więcej na ten temat, należało by wykonać skan omawianej fotografii w wysokiej rozdzielczości i osobiście zbadać wstążkę. W chwili obecnej oba te zadania pozostają poza zasięgiem moich możliwości. Dlatego notuję swoją wątpliwość w tym miejscu. Ewentualnie zachęcam kogoś kto mieszka w Krakowie, żeby podjął się tego zadania.
Virtuti Militari u młodego obywatela

“Młody obywatel” to tytuł magazynu ilustrowanego, dedykowanego młodzieży i wydawanego w latach 1935-1939 przez Polską Kasę Oszczędności. Nic szczególnego z kolekcjonerskiego punktu widzenia. Miałem jednak ostatnio przez przypadek w ręku jeden numer tego czasopisma i moją uwagę zwróciło duże zdjęcie krzyża orderu Virtuti Militari, umieszczone na przedostatniej stronie. Choć zostało wydrukowane na papierze gazetowym, to duże wymiary pozwalają na relatywnie dobre odwzorowanie detali. W szczególności wyróżnia się ażurowo wycięty orzeł, wypełniony białą emalią. Bardzo staranne wykonanie grawerskie o smukłych ramionach i delikatnie zaznaczonym uszku do zawieszenia było by dzisiaj z pewnością gratką kolekcjonerską. Oczywiście ja również bym sobie takiego krzyża życzył, nawet jeśli order Virtuti Militari nie stanowi przedmiotu moich zainteresowań. Nie mniej jednak uważam, że taka lekkość wykonania nie pasuje do krzyża Virtuti Militari. Znacznie bardziej podobają mi się wykonania o pełnych ramionach. Niedoścignionym wzorem takiego wykonania są oczywiście krzyże z okresu powstania listopadowego, wykonywane przez Pawła Siennickiego. To jednak temat na zupełnie inny wpis, dlatego kończę tą krótką notatkę.
Gratulacje dla WCN!

Na jednej z tygodniowych z aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego pojawiło się ogniwo łańcucha komorniczego, przerobione na samodzielną odznakę. W dodatku opisane zupełnie bez jakiejkolwiek podstawy, jako odznaka członka sądu okręgowego po 1918 roku. Kiedyś takie fałszerstwo na szkodę kolekcjonerów opisywałem na swojej stronie. Dlatego kiedy zobaczyłem je ponownie na stronie WCN nie miałem już dostatecznego animuszu aby zgłosić sprawę. Kiedy w końcu się zebrałem, wszedłem jeszcze raz na stronę WCN i zobaczyłem z satysfakcją, że obiekt został wycofany. Co za miłe zaskoczenie. Obiekt wycofany i jednocześnie opisany jako przypuszczalne fałszerstwo. Sprawa wyjaśniona w ciągu około tygodnia, bez konieczności abym ją zgłaszał. Nie będę ukrywał, że czuję satysfakcję z dobrze rozwiązanego problemu. Tym bardziej, że dotychczas WCN raczej bronił swojego stanowiska w kwestii opisów. Nie pozostaje nic tylko pogratulować prawidłowej i szybkiej reakcji. W takich przypadkach poznaje się klasę domu aukcyjnego.
T. Jeziorowski, I. Prokopczuk-Runowska, Blask Orderów, Tom I, Warszawa 2019

Od czasu zakończenia wystawy “Blask Orderów” w Muzeum Łazienek Królewskich krążyły plotki o tym czy powstanie katalog tej wystawy, czy też nie. Ostatecznie w środowisku kolekcjonerskim największą popularność zyskała plotka, że katalogu jednak nie będzie, bo PZU nie dało pieniędzy na druk. Była to plotka tym bardziej prawdopodobna, że wspominane muzeum zorganizowało już następną wystawę o podobnej tematyce. Tym razem poświęconą orderowi Virtuti Militari. Nie mniej jednak jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia okazało się, że plotka jest potrójnie nieprawdziwa. Po pierwsze katalog się ukazał. Po drugie właśnie dzięki finansowemu wsparciu PZU (co wnioskuję z całostronicowej reklamy), a po trzecie w trzech tomach. Nie było już szansy, żeby zamówić książkę przed świętami. Kurier DHL miał przyjść w sylwestra, ale dotarł dopiero dzisiaj. Tak więc nowy rok zaczynamy od lektury i recenzji tej publikacji. Dodam w tym miejscu, że nie obiecywałem sobie wiele po książce, ponieważ słyszałem dość krytyczne zdania o samej wystawie.
Pierwszy tom, bo na razie tylko tyle zdążyłem przeczytać, podzielony jest na dwa rozdziały i w takiej kolejności postanowiłem go omówić jeszcze przed przeczytaniem. Autorem pierwszej z nich, zatytułowanej Ordery i odznaczenia Rzeczpospolitej do końca XVIII wieku jest Tadeusz Jeziorowski. Autor którego nie trzeba przedstawiać nikomu kto zainteresowany jest historią polskich orderów i odznaczeń. Tym razem także nie zawodzi czytelnika, przedstawiając historię orderów i do końca panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego w sposób ciekawy, płynny i prezentujący podstawową wiedzę. Jednocześnie jego tekst uzupełniony jest o szereg niepublikowanych wcześniej ciekawostek, czy przypisów do nieporuszanych wcześniej materiałów źródłowych. Trzeba bowiem zaznaczyć, że znakiem firmowym tego autora jest szeroka kwerenda i doskonałe obeznanie w literaturze historycznej oraz archiwaliach dotyczących opisywanej epoki. Jest także kilka pomniejszych sprostowań do wcześniejszych ustaleń innych badaczy.
Żeby nie wyjść na klakiera muszę dodać, że niestety niepotrzebnie p. Jeziorowski rozszerzył zakres swojego rozdziału o odznaczenia. Przypuszczalnie chciał w ten sposób włączyć do opracowania medale za długoletnią służbę i obrączki nadawane w insurekcji kościuszkowskiej. W efekcie wszedł na teren w którym nie porusza się już tak swobodnie i w mojej ocenie popełnił kilka błędów. W tym między innymi podając (jak wszyscy bez źródła), że medale Merentibus były noszone na wstążce. Wspomniał także o medalach z dewizami orderu Orła Białego i Świętego Stanisława, lecz pozostawiając temat bez rozwinięcia skierował to zdanie w zasadzie wyłącznie do osób dogłębnie zapoznanych z tematem. Nie podzielam także zdania autora, że medal diligentiae nie był odznaczeniem państwowym, jeśli za takie uznaje on medal za długoletnią służbę.

Dużym atutem tego rozdziału jest warstwa ilustracyjna. W zasadzie chyba wszystkie zdjęcia poza portretami, przedstawiają pamiątki w powiększeniu. Dla każdego kolekcjonera daje to miłą możliwość zwrócenia uwagę na detale. Docenić należy kilka niepublikowanych wcześniej obiektów związanych z orderem Orła Białego, który po słynnej wystawie i katalogu wydawał się już być całkowicie zilustrowany jeśli chodzi o zbiory publiczne. Interesujące są dobre zdjęcia skradzionych ostatnio pamiątek z muzeum w Dreźnie. Dużym rozczarowaniem jest natomiast ilustracja nr 44 (także po lewej) przedstawiająca XIX wieczny falsyfikat medalu Virtuti Militari i to jeszcze w jakiejś stosunkowo późnej odbitce, jako oryginału. Z niezrozumiałych względów obiekt ten i jego zdjęcie promują także ostatnią wystawę o Virtuti Militari. Zagadką jest dla mnie także zaprezentowanie kopii medalu za długoletnią służbę (il. 50) w sytuacji kiedy w zbiorach publicznych łatwo dostępne są oryginały.
Autorki drugiego rozdziału p. Izabeli Prokopowicz-Runowskiej nie znałem z wcześniejszych publikacji, więc nie wiedziałem czego się spodziewać. Okazało się to wyłącznie moją winą, ponieważ pani kustosz z Muzeum Wojska Polskiego ma już na swoim koncie kilka publikacji. Jej rozdział, choć napisany w interesujący sposób, jest już bardziej odtwórczy i nie wnosi wielu nowych informacji. Istotnym mankamentem jest oparcie konstrukcji opisu orderu Wojskowego Księstwa Warszawskiego na książce Krzysztofa Filipowa, Order Virtuti Militari, Warszawa 2012. Trzeba pamiętać, że była to książka okolicznościowa i sam Krzysztof Filipow uczestniczył w lepszych publikacjach o tym orderze. Brak dalszych poszukiwań doprowadził także do pominięcia publikacji Grzegorza Krogulca, Uwagi o orderze wojskowym Virtuti Militari, Warszawa 1987. W konsekwencji brak w książce omówienia podstawowych typów krzyży Virtuti Militari, pomimo ich umiejętnego zilustrowania. Brak szerszej kwerendy uwidocznił się także w opisie orderów powołanych i planowanych przez Sejm w powstaniu listopadowym. Autora wspomina o planowanej Gwieździe Wytrwałości. Nie dotarła jednak do informacji o planowanym odznaczeniu dla uczestników rajdu generała Giełguda zamiast którego wydano dyplomy dla tych co dobrze zasłużyli się ojczyźnie.
Nie do końca jednoznaczne są także ilustracje umieszczone w tym rozdziale. Z jednej strony z zakresu badań usunięto odznaczenia, lecz z drugiej strony wśród ilustracji zaprezentowano medal dla sędziów pokoju oraz medal dla podsędków w sądach pokoju (błędnie opisany). Tutaj można też wspomnieć o problemie z zachowaniem poprawności kolorów. Oba te obiekty widziałem na żywo w muzeum i wstążki mają zupełnie inne barwy. Nie myli mnie pamięć, ponieważ mam z tej wizyty prywatne zdjęcia. Wracając jednak do tematu. Oba interesujące obiekty są w książce ilustrowane, lecz nie są opisane. Podobnie jest ze zdjęciem Aleksandra Colonna-Walewskiego i jego gwiazd orderowych, które nie zostały w tekście omówione. Można odnieść wrażenie, że trafiły do książki tylko dlatego, że autorka nimi dysponowała.
Podsumowując pozwolę sobie odnieść się do kwestii technicznych. Każdy z tomów Blasku Orderów został wydany w nakładzie 1.000 egzemplarzy. Druk całości kosztował Muzeum 41.275,50 zł, a więc średnia cena druku jednego egzemplarza jednego tomu to 13,75 zł. brutto. Cena książki wynosi 50 zł., co uważam za cenę całkowicie usprawiedliwioną. Przy tej jakości publikacji można nawet powiedzieć, że jest to cena niska. Warto także nadmienić, że skład książki powierzono prof. Januszowi Górskiemu, co było jednym z najlepszych możliwych wyborów. Pierwszy tom liczy 164 strony z czego oba rozdziały 131 stron. Każdy z nich ma mniej więcej tą samą objętość. Biorąc jednak pod uwagę duże ilustracje, nie są to teksty zbyt obszerne. Dość powiedzieć, że przeczytałem całą książkę uważnie w jedno popołudnie. Czy warto kupić książkę i zrobić to samo? Bez wątpienia tak.
Komunikantki Gdańskie
Znów po dłuższej przerwie wracam do odgrzewanych tematów. Początkowo ten wpis zaczynał się od słów “na ostatniej aukcji internetowej Kuenkera”. W tej chwili są one już chyba nieaktualne. W każdym razie przedmiotem wpisu jest oferowany jednej z jesiennych aukcji Kuenkera ciekawy zestaw kilkunastu komunikantek z Gdańskich kościołów protestanckich z XVIII wieku.
Wedle słownika języka polskiego Samuela Lindego kominikant(ka) to “ten, ta co przystępuje do komunii”. Jednak w numizmatyce pojęcie to oznacza żeton upoważniający do przyjęcia komunii świętej. Stąd inna jego nazwa “żeton komunijny“. Kiedy pierwszy raz o nich usłyszałem byłem trochę zaskoczony. Po co wykazywać się upoważnieniem do przyjęcia komunii w wyznaniu, w którym obowiązuje spowiedź powszechna? Otóż chodziło o ograniczenie dostępu do komunii osobom które były do tego duchowo nieprzygotowane. Żeton można było bowiem otrzymać po rozmowie z pastorem. Na ile w realiach XVIII wieku przypominała ona klasyczną spowiedź uszną, tego nie wiem.
Oferowany zestaw przedstawiał dość bogatą liczbę typów i gdyby komuś udało się go kupić w całości, mógł stanowić początek bardzo ładnego zbioru. Zresztą komunikantki kościołów protestanckich, charakterystyczne dla kultury niemieckiej, stanowią w tym kraju odrębny temat kolekcjonerski w numizmatyce. Wśród polskich opracowań temat ten został doceniony w katalogu “Medale polskie i z Polską związane z okresu pierwszej Rzeczpospolitej” wydanym przez Zamek Królewski w Warszawie. Znajduje się tam omówienie typów komunikantek gdańskich.
Tesaurariusz czyli skarbnik

Najlepiej by było gdyby każda z kategorii miała podobną ilość wpisów. Jak się okazuje z perspektywy czasu, nie jest to takie proste. Łatwiej jest mi pisać na tematy bieżące jak np. recenzje aukcji. Wyraźnie też widzę większe zainteresowanie tematami dotyczącymi np. odznak. Dlatego dziś dla odmiany będzie o temacie bardziej niszowym, jakim są stare dokumenty. Dokładnie chodzi o dokument wystawiony przez Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1783 roku, który oferowany był kilka dni temu na jednej z zagranicznych aukcji. Dokument ten jak wszystkie dotychczas znane mi nominacje tego króla sporządzony był w łacinie i powoływał Aleksandra Smulikowskiego do funkcji thesaurario Paltus Pomeraniae. Ponieważ dokument oferowany był przez Brytyjski dom aukcyjny thesaurario musiało się skojarzyć z treasurer. Oczywiście Pomeraniae nie wymagało szczególnej interpretacji, a Paltus jako najwyraźniej niezrozumiałe zostało pominięte. W taki prosty sposób Aleksander Smulikowski został w oczach domu aukcyjnego skarbnikiem pomorskim. Cokolwiek ten tytuł miał oznaczać, ponieważ w wedle mojej wiedzy za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego taki urząd nie funkcjonował.
Żeby nie było wątpliwości, ja też nie miałem pojęcia, że kustosz kapituły nosiły tytuł tesaurariusza. Nawet nie wiedziałem, że Kamieniu Pomorskim znajduje się katedra św. Jana Chrzciciela. Nie miałem także pojęcia, że rolą tesaurariusza (czyli inaczej kustosza) było dbanie o zgromadzone przy kapitule dobra, księgi i naczynia liturgiczne. Dowiedziałem się tego jednak dzięki dosłownie kilkuminutowej kwerendzie w Google. Ustaliłem tam także, dzięki artykułowi Edwarda Kryma z Przeglądu Zachodniopomorskiego, że urząd taki funkcjonował przy kapitule kamieńskiej od ok. 1380. Przypuszczalnie gdyby autor opisu aukcyjnego polegał na czymś więcej niż tylko własna intuicja, też dotarł by do tych informacji. Dlatego też radzę szukać jak najwięcej informacji. Może się okazać, że są na wyciągnięcie ręki.
Pieczęć Komisji Likwidacyjnej Pretensji do Skarbu J.K.M.

Za dużo było ostatnio recenzji, a za mało konkretów. Dlatego postanowiłem się nieco podciągnąć z wpisami prezentującymi ciekawe pamiątki. Jednym z takich obiektów była oferowana ostatnio pieczęć Komisji Likwidacyjnej Pretensji do Skarbu Jego Królewskiej Mości. Patrząc na nią nie trudno się domyślić, że chodziło o króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Wskazuje na to jednoznacznie umieszczona w centralnej części kompozycja, na którą składają się herby Korony, Litwy oraz herb Ciołek, czyli właśnie herb Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jak powszechnie wiadomo, nie był on najoszczędniejszym królem i nie raz borykał się z problemami zadłużenia. Przed objęciem korony zdarzyło mu się nawet trafić za długi do paryskiego więzienia, skąd wykupiła go madame de Geoffrin. W trakcie panowania problem szczupłych finansów pojawia się regularnie w jego korespondencji. Ostatecznie po abdykacji króla jego wierzyciele nabrali wątpliwości czy uda im się zaspokoić własne roszczenia. Szczęśliwie na mocy konwencji z 15 stycznia 1797 roku odpowiedzialność za długi króla i Rzeczpospolitej przyjęły na siebie w odpowiednich proporcjach Prusy, Rosja i Austria. Oczywiście państwa te nie były skłonne płacić za wszystkie długi, a jedynie za te powstałe przed data rozbioru, czyli 24 października 1795 roku.
Przyjęcie na siebie odpowiedzialności za prywatne długi króla wynikało z faktu, że był on uosobieniem państwa i większość jego prywatnych wydatków bezpośrednio lub pośrednio służyła celom publicznym. Oczywiście wśród wierzycieli znajdowały się osoby, które ze sprawami publicznymi nie miały wiele do czynienia. Była wśród nich między innymi królewska kochanka. Łącznie wobec Stanisława Augusta Poniatowskiego zgłoszono roszczenia na kwotę ponad pół miliona dukatów. Z drugiej strony do komisji zgłosił się także król ze swoimi pretensjami do zwrotu pieniędzy przeznaczonych na cele publiczne. Oczekiwał zapłaty na poziomie blisko ćwierć miliona złotych. Ostatecznie Komisja nie przyznała mu ani złotówki. Osoby zainteresowane szczegółami działalności Komisji odsyłam do artykułu dr Józefa Siemieńskiego i dr Józefa Stojanowskiego pod tytułem Aktualność długów Stanisława Augusta, opublikowanego w “Przeglądzie Historycznym” nr 24 z 1924 roku.
Oficjalna nazwa komisji brzmiała: Komisja wspólna najjaśniejszych trzech dworów do uregulowania długów Najjaśniejszego Króla Imci Stanisława Augusta i bywszej Rzeczypospolitej Polskiej. Łatwo zauważyć istotną różnicę w nazwie. Może ona wynikać z trudności zapisania tak długiej formuły na stosunkowo niewielkim tłoku pieczętnym. Z drugiej strony w takich przypadkach zawsze trzeba być ostrożnym, ponieważ z przedstawionej fotografii nie da się potwierdzić autentyczności pieczęci, a nazwy Komisji w brzmieniu przywołanym na pieczęci nie znalazłem w literaturze. Komisja rozpoczęła badać roszczenia w połowie października 1798 roku, a prace zakończyła stosunkowo szybko, ponieważ już w połowie kwietnia następnego roku. Jak pieczęć trafiła do Francji? Tego nie wiem. W każdym razie oferowana była w większym zestawie tłoków pieczętnych i sprzedana razem z nimi za kilkanaście tysięcy złotych.
Medale polskie i z Polską związane z okresu Pierwszej Rzeczpospolitej

O zamiarze wydania tej publikacji słyszałem już jakiś czas temu i czekałem na nią z dużym zainteresowaniem. Prawdę mówiąc z zapowiedzi zrozumiałem, że ma to być katalog wszystkich medali polskich i z Polską, związanych, a nie tylko tych ze zbiorów Muzeum Zamku Królewskiego w Warszawie i Fundacji Zbiorów im. Ciechanowieckich. Nie będę ukrywał, że byłem tą informacją nieco rozczarowany, ale wynikało to głównie z braku mojej świadomości jak duże i jak wysokiej jakości są omawiane zbiory muzealne. Kiedy kurier przyniósł przesyłkę z dwoma tomami zrozumiałem, że ich uważna lektura i tak zajmie mi sporo czasu. Patrząc na to z innej strony, w katalogu znajduje się 461 pozycji, podczas kiedy w uznawanym za referencyjne opracowaniu hrabiego Raczyńskiego było ich 636. Przy czym trzeba zaznaczyć, że już na pierwszy rzut oka część pozycji się nie pokrywa. Co oznacza, że wykonane kompletnego katalogu medali polskich i z Polską związanych do końca XVIII wieku nie mogło by polegać tylko na prostym uzupełnieniu kolekcji zamkowej o brakujące 150-200 pozycji z Raczyńskiego. Wymagało by zupełnie odrębnych podstawowych badań, co jak potrafię zrozumieć, może leżeć poza zakresem zainteresowań lub choćby priorytetów Gabinetu Numizmatycznego MZK. Tym bardziej, że wykonana praca i tak jest imponująca, a współautorów zaledwie czworo. Zgodnie z informacją na stronie tytułowej katalog został bowiem opracowany przez Juliusza W. Zachera, Grzegorza Śnieżko i Michała Zawadzkiego przy współpracy Marty Męclewskiej.
Biorąc pod uwagę rozmiar publikacji zaskoczony byłem krótkim wprowadzeniem, obejmującym niecałe cztery strony tekstu. Zwięźle opisano w nim tradycję wynikającą z kolekcji medali Stanisława Augusta Poniatowskiego. Historię obecnej zamkowej kolekcji, na trzon której złożyły się dwie duże kolekcje prywatne ofiarowane muzeum. Kolekcja Stanisława Gawrońskiego liczyła ponad 800 medali, a medalowa część kolekcji gen. Jerzego Węsierskiego składała się z 729 pozycji. Dowiadujemy się także, że nieopisana w katalogu część zamkowych zbiorów medali pochodzi z prywatnych kolekcji Jarosława Kuryłowicza, Andrzeja Ciechanowieckiego i dawnego Banku Handlowego. (Na marginesie tych informacji warto się zastanowić, czy środowiska muzealne nie powinny przestać traktować kolekcjonerów jako zło konieczne.) Wreszcie otrzymujemy informację o sposobie ułożenia katalogu, który co do zasady podzielony został na kolejne panowania. Do układu tego, usankcjonowanego w polskiej literaturze długą tradycją, nie można mieć żadnych zastrzeżeń.

W samej części katalogowej duże wrażenie robią obszerne opisy poszczególnych medali, przygotowane z wyraźną uwagą i świeżym podejściem. Można odnieść wrażenie, że autorzy katalogu postawili sobie za cel stworzyć opisy medali zupełnie samodzielnie, na podstawie własnych ustaleń i przemyśleń. Jest to bardzo ożywcze zerwanie z powszechna praktyką przepisywania ustaleń XIX wiecznych autorów. Warto także podkreślić benedyktyńską pracę przy ustalaniu bibliografii dla poszczególnych medali. Drobiazgowość i szeroka kwerenda autorów omawianej publikacji jest imponująca. Podobnie jak pełny wykaz bibliografii umieszczony na końcu drugiego tomu. Żebym jednak nie rozpłynął się całkowicie w zachwytach nad omawianą publikacją, muszę zwrócić uwagę także na jedno rozczarowanie, którym są umieszczone w niej ilustracje. Wydając w XXI wieku książkę zawierającą blisko tysiąc zdjęć (awersy i rewersy) pięknych medali nie można oszczędzać na druku i publikować ich w skali szarości. Książka była wydana jako jedna z sześciu pozycji w przetargu opiewającym na łączna kwotę 47.507,33 zł. Nakład książki wynosi 300 egzemplarzy, a cena detaliczna 79 zł. Tak więc przychód ze sprzedaży wyniesie 23.700 zł. Oceniam, że to i tak więcej niż koszt druku. Do tego książka dostała dofinansowanie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wydanie jej w takich warunkach i przy możliwościach finansowych Zamku Królewskiego ze zdjęciami w skali szarości jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Dodajmy, że nawet małe jednoosobowe domy aukcyjne drukują dziś swoją ofertę w kolorze. Nawet gdyby kolorowe zdjęcia miały podnieść cenę druku, to i tak cena publikacji jest więcej niż umiarkowana i można ją było śmiało podnieść. Błędem było także ustalenie w warunkach zamówienia książki, że ma ona być wydrukowana na papierze matowym. Wreszcie wszystkie medale zostały wydrukowane w naturalnej wielkości. Z jednej strony zabieg ten był dobry, bo pozwala odczuć jakiej wielkości są poszczególne medale. Z drugiej strony zabrakło powiększenia przy np. ciemnym szarym zdjęciu medaliku (poz. 161) o średnicy 8 mm, wydrukowanym na matowym papierze. Dlatego uważam, że ten wyśmienity katalog został lekko zepsuty na etapie jego wydania. Nie mnie jednak uważam też, że jest to pozycja obowiązkowa dla każdej osoby która interesuje się polskim medalierstwem lub nawet szerzej numizmatyką.
Pijmy więc!

Dzisiaj trochę na luzie. W zeszłym tygodniu zakończyła się tygodniowa aukcja Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, na której oferowane było nieznane “odznaczenie prywatne“ z XX wieku. Jest to oczywiście przeróbka wykonana dla żartu. Przypuszczalnie dla uczestników jakiejś imprezy alkoholowej, na co wskazuje kielich na awersie i dewiza Ergo Bibamus na rewersie. Kolejny numer pozwala nam sądzić, że wyróżnienie otrzymało co najmniej pięciu wesołych biesiadników. Żeby jednak nie było tak zupełnie bezproduktywnie, pozwoliłem sobie odszukać pierwowzór tej osobliwej nagrody. Dla osób choćby trochę mających pojęcie o odznaczeniach oczywiste jest, że jest to przerobiony krzyż zasługi w którym usunięto promienie między ramionami krzyża. W centralnej części na inicjałach państwowych przyklejono okrągłą blaszkę, a na niej wycięty w mosiądzu kielich. Wykonanie tej części przeróbki jest dość niechlujne. Kielich jest nieco krzywy, a wokół przerobionych miejsc widać ślady kleju. Taka fuszerka dziwi w kontekście pięknego i starannie wykonanego grawerunku na rewersie. Szczegóły krzyża takie jak faktura pod czerwoną emalią, wzór ornamentu na otoku i krój łącznika wskazują, że jest to typ opisany w katalogu Zbigniewa Krotke, Polski krzyż zasługi 1923-2000. Dzieje i katalog, pod numerem katalogowym PRL Z/S.2. Biorąc pod uwagę podane w opisie aukcji wymiary jest najprawdopodobniej odmiana a lub b, czyli któryś z krzyży wykonanych przez Mennicę Państwową między pierwszą połową lat 60-tych, a latami 80-tymi. (Jedynie na marginesie można się zastanawiać, gdzie autor opisu z WCN dopatrzył się w tym krzyżu srebra?) Przy czym raczej skłaniam się do typu a, który wedle autora omawianego katalogu wręczany był od połowy lat 60-tych do końca lat 70-tych. Rewersy tych krzyży były płaskie i właśnie takie wrażenie sprawia zdjęcie umieszczone w opisie aukcji przez WCN. Jednak bez wzięcia krzyża do ręki trudno będzie to określić jednoznacznie. Być może wśród czytelników tego wpisu jest szczęśliwy nabywca krzyża, który podzieli się w komentarzu swoim wrażeniem.
Grot sztandaru Prokuratora Generalnego PRL

Kilkanaście lat temu, podczas wizyty w Muzeum Wojska Polskiego przypadkiem usłyszałem rozmowę dotyczącą aukcji sztandaru jednostki z okresu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, który oferowany był na aukcji w allegro.pl. Stanowisko Muzeum było takie, że sztandary (wojskowe) z zasady stanowią własność skarbu państwa. To dość oczywiste, że w czasie kiedy są wykonywane, to z pewnością na zamówienie jakiejś jednostki wojskowej. Powstaje pytanie co dzieje się z nimi później. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że sztandar nie jest czymś co się sprzedaje. Raz ze względów prestiżowych, dwa ze względu na tradycje, a trzy ze względu na dość naturalną tendencję do zachowywania takich pamiątek. Tak więc, skoro pojawił się na aukcji jakiś sztandar to MWP założyło, że musiał on być skradziony. W konsekwencji najprostszą drogą do odzyskania sztandaru było zawiadomienie policji. Przyznam, że zapamiętałem tą historię ponieważ byłem lekko zbulwersowany ostrym działaniem Muzeum. Niezależnie od tego, że jestem naturalnym przeciwnikiem wszelkiej kradzieży, to działanie wydało mi się zbyt mocne. Można się zastanawiać, czy moja ocena w tamtym czasie była prawidłowa, czy też rzeczywiście Muzeum powinno działać stanowczo. Jak by nie było, takie właśnie było stanowisko MWP. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem ostatnio na allegro.pl grotu sztandaru prokuratora generalnego PRL w cenie 299,99 zł. Na grot nie było najwyraźniej chętnego, ponieważ oferta była kilkukrotnie ponawiana. Przyznam, że w kontekście zapamiętanej przeze mnie historii pomyślałem sobie jak marny może być los oferenta. Strach się bać.
Prochownica z kurczakiem Radziwiłłów

Dom aukcyjny Czerny’s kilkukrotnie zwracał moją uwagę różnymi pamiątkami historycznymi które były by niezwykle cenne, a może nawet sensacyjnie ciekawe, gdyby nie ich oryginalność nie budziła poważnych wątpliwości. Tym razem, na aukcji która miała miejsce w dniu 14 września 2019 roku, pod pozycją 1000 zaoferował “ważną prochownicę” z herbem rodziny Radziwiłłów. Wedle domu aukcyjnego obiekt miał być wykonany w Polsce w pierwszej ćwierci XVIII wieku. Na jednej jego stronie widać według autora opisu herb rodziny Radziwiłłów nad orderem Virtuti Militari. Kłopot w tym, że order ten został ustanowiony dopiero w 1792 roku. Poza tym swoim wyglądem nie przypominał w żadnej mierze tego co widzimy na oferowanej prochownicy. Czy w takim razie mógł to być jakiś inny order z czasów przedrozbiorowych? Z pewnością nie, ponieważ w tamtym czasie orzeł na orderze Orła Białego miał znacznie większe rozmiary i zachodził na ramiona krzyża. Natomiast order św. Stanisława na środkowym medalionie posiadał wizerunek swojego patrona. Tak więc wyobrażenie orderu pod herbem jest nie tylko całkowicie fantastyczne, ale także wykonane przez kogoś kto nie posiadał podstawowej wiedzy polskiej symbolice. Można jeszcze dodać, że nie posiadał wyczucia artystycznego lub celowo sprymityzował wykonywaną prochownicę, żeby wyglądała na starszą. W konsekwencji orzeł w herbie Radziwiłłów przypomina kurczaka, niż szlachetnego ptaka.
Żarty żartami, ale wykonanie prochownicy w takim oderwaniu od wiedzy o epoce może świadczyć o tym, że to fałszerstwo zostało wykonane poza granicami Polski. W mojej ocenie zagraniczni sprzedawcy, a w konsekwencji pewnie także fałszerze, wyczuli koniukturę na polskie pamiątki i teraz widzimy smutne tego efekty. Dlatego trzeba być czujnym kupując pamiątki na zagranicznych aukcjach. Bowiem nawet tam można spotkać falsyfikaty.